Jeżdżę, więc jestem.


avatar Niniejszy blog rowerowy prowadzi Mateusz vel. Raven, który z pofabrycznej Łodzi pochodzi. Od początku 2009 roku (od kiedy prowadzi tutaj statystyki) przejechał 28483.21 kilometrów, w tym 4325.30 po wertepach. Jeździ ze średnią prędkością 19.69 km/h.
Inne informacje znajdziesz tutaj.
button stats bikestats.pl

button stats bikestats.pl
button stats bikestats.pl
button stats bikestats.pl
button stats bikestats.pl
button stats bikestats.pl

Znajomi na Bikestats

Mój Skype

Mój stan

Ujeżdżany sprzęt

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Raven.bikestats.pl

Archiwum


Przejechane: 69.94 km
w tym teren ~60.00 km

Czas: 04:44 h
Średnia: 14.78 km/h
Maksymalna: 39.70 km/h

SLM - etap 3: Kołobrzeg - Bobolin

Środa, 8 sierpnia 2012 | Komentarze #0

Dzień rozpoczęty z kursem na kołobrzeską latarnię morską. Niskie toto, widok też do luftu. Nic ciekawego, ale zaliczona jest.

Pojechaliśmy wesoło w stronę latatni Gąski, w towarzystwie równie wesoło powiewających na wietrze gaci i skarpetek przytroczonych na sznurkach do plecaków (nie zdążyły wyschnąć). Z Kołobrzegu wyjechaliśmy kapitalnie poprowadzoną wzdłuż morza drogą dla rowerów. Już nawet kij, że ludzi było na niej jak mrówek, wynagradzały to widoki.

W Gąskach zastaliśmy kolejkę, która zawstydzała tą z Niechorza. Normalnie latarniana wędrówka ludów. Rady nie było, trza było stać. Nerwowo patrzyliśmy tylko na zegarki, czy zdążymy przed przerwą w funkcjonowaniu latarnii, która jak się potem okazało i tak nie doszła do skutku.

Po wszystkim lody i inne frykasy. A i Marcin koniecznie (mimo mych ostrzeżeń) chciał ze mną zagrać w cymbergaja, czyli historia o tym, jak łatwo wygrać piwo. :) Oczywiście wygrałem je ja.

Po przedarciu się elegancką drogą przez mierzeję pomiędzy Jeziorem Jamno, a Bałtykiem docieramy do Łazów. Tam wyhamował nas wielki baner z hasłem "Prawdziwe ciemne irlandzkie piwo z beczki". Owe irlandzkie piwo okazało się polskim Noteckim, ale niech już będzie. Dobre było.

Rozgrzani na słoneczku leniwie ruszyliśmy dalej. Jeszcze tylko przeprawa pomiędzy morzem, a Jeziorem Bukowo i prawie koniec. W teorii. A w praktyce okazało zę, że na tej mierzei drogi już nie było. Po minięciu poligonu to właściwie nic nie było. Tylko woda i piasek. Jakby tego było mało, to w tym momencie zaczęła psuć się pogoda. Nadszedł taki mały koniec świata. Niebo zrobiło się ciemne, zerwał się porywisty wiatr (na szczęście w sprzyjającym kierunku), coraz mocniej padał deszcz. Zupełnie jakby sam Posejdon krzyczał "Wypier****ć! To moje terytorium". Nie oglądaliśmy się na siebie (bo i nawet się nie dalo, tak wiało piachem i wodą w oczy), tylko brnąc po kostki w wodno-błotnej słonej brei maszerowaliśmy przed siebie. I tak ze 3,5km. Normalnie najdłuższy spacer po plaży w moim życiu (a przynajmniej tak mi się wtedy zdawało, ale o tym będzie później.....). Jak już prawie doszliśmy do końca, to oczywiście pogoda się wyklarowała. Nagrodą była gigantyczna tęcza, a zaraz potem druga koło niej.

Docieramy do Dąbek. W planach był namior, ale fakt, że byliśmy totalnie przemoczeni (a najbardziej buty) wspomniany plan skutecznie zniweczył. Problem w tym, że w tej dziurze nie było gdzie spać. Znowu sesja telefoniczna wykraczająca swym zasięgiem aż do Darłówka i lipa. Może nawet i coś by się znalazło, ale jak się okazało ludzka pazerność nie zna granic. Już nawet półżartem/półserio wzpomniałem o plebanii. Marcin pomysł podchwycił i był gotowy działać. Mnie już było wszystko jedno, więc czemu nie. Traf chciał, że ksiądz akurat odprawiał mszę, więc nic z tego nie wyszło. Postanowiliśmy pojechać do Darłówka - tu i tak nie było czego szukać. Po drodze jeszcze jeszcze zahaczyliśmy o kilka miejsc, które opuściliśmy ze śmiechem (sam nie wiem, czy był to śmiech rozpaczy, czy politowania). Ludzie za pokój bez niczego i do tego z wielką łaską (sic!) chcą +100PLN. Co za głupi naród.

Bobolin. Tam jeden człowiek okazuje się człowiekiem (mało tego, również lubi rowery), ale z przykrością nam odmawia argumentując to zwyczajnym brakiem miejsc. Poleca za to sąsiada, który ponoć ma całe poddasze niewykończone i może po kosztach jakiś pokój znajdzie. Udaliśmy się pod wskazany adres, a tam chałupa taka, że hoho. No ale co szkodzi zapytać, nie? Po krótkich targach dostajemy półsurowy pokój na poddaszu + pałacową łazienkę za 30zł od głowy. O kuchni nie wspominam, bo i tak nie korzystaliśmy. Przy okazji wypakowywania stawiam plecak na ustniku od bukłaka. Szybko się zorientowałem, więc dużo nie poleciało.

Po prysznicu głodni i zmęczeni udaliśmy się do pobliskiego sklepu i jadłodajni. Udało się dostać naleśniki.

Śniadanie tym razem na chodniku pod sklepem © Raven

Widok z latarni morskiej w Kołobrzegu © Raven






Latarnia Gąski © Raven


Widok z latarnii Gąski: poligon paintballowy © Raven

Wiza z latarnii Gąski © Raven

Wizualizacja tego, jak wygrałem piwo © Raven

No to tyle w kwestii cywilizacji © Raven

Końca nie widać © Raven

Piach w butach to pikuś. Nie ma to jak słony i mokry piach w butach. © Raven

Tęcza w ramach wynagrodzenia trudów, to jednak trochę mało © Raven

Dobra mina do złej gry. Ale przestało padać. © Raven

Widok tego, co mieliśmy tuż za plecami. I od razu jakoś szybciej się szło. © Raven

Kolejna próba, może tym razem da się wyjść? Nie dało się. © Raven

Zaliczone latarnie:Kołobrzeg, Gąski
Łącznie: 5/15




Przejechane: 82.14 km
w tym teren ~60.00 km

Czas: 05:19 h
Średnia: 15.45 km/h
Maksymalna: 51.04 km/h

SLM - etap 2: Dziwnów - Kołobrzeg

Wtorek, 7 sierpnia 2012 | Komentarze #0

W nocy padało, a co za tym idzie nasze pranie, które wisiało na sznurku nieopodal namiotu szlag trafił. Namiot też trochę podmoczyło. A jak namiot, to i resztę ciuchów. I śpiwory z nami w środku. Dodatkowo pogoda rano pozytywnie nie nastrajała, toteż morale ciut spadły. Cóż zrobić, trzeba działać. Po opanowaniu sytuacji powodziowej i zwinięciu namiotu słońce jednak zaczęło działać. No to w drogę.

Pod latarnią w Niechorzu przywitala nas kilkunastometrowa kolejka ludzi. Co zrobić, trzeba czekać. Gadu gadu i jakoś sprawnie poszło. stempelek, schody, kilka zdjęć, schody i jadziem dalej.

Z tym jechaniem to różnie bywało, bo Marcin zaczął pokazywać swoją naturę chodnikowego jeźdźca i gdzie tylko się dało (a czaami raczej nie dało), zamiast jak człowiek jechać ulicą, ten z uporem maniaka pchał się chodnikiem między ludzi, do tego dzwoniąc na nich tu i ówdzie. :| Bo on "nie będzie jechał niepotrzebnie ulicą, bo nie ma zaufania do kierowców" i kropka. Moje tłumaczenia, że jest potencjalnie bardziej niebezpieczny na chodniku (który jest do chodzenia, a nie do jeżdżenia), niż te samochody na niewiele się zdały i po prostu musiałem to przeżyć. Cóż, jak lubi utrudniać sobie życie, to trudno.

Jakiś dłuższy kawałek przed Kołobrzegiem zaczyna padać deszcz. Na szczęście pod kołami mamy świetnie oznaczoną obszerną drogę dla rowerów, więc idzie sprawnie. W Kołobrzegu docieramy do obczajonego wcześniej schroniska, które okazuje się nie istnieć. "Strażacy zlikwidowali, bo nie spełniało jakichśtam norm pożarowych". %$#@!~&^%$! Tuż obok jest internat, w którym także próbowaliśmy szczęścia, ale odesłali nas z kwitkiem, bo podobno wszystko zajęte. Kolejny kemping nie bardzo, bo w butach mokro, a i prąd by się przydał. Cóż począć: ja googluję, Marcin dzwoni. Jak powszechnie wiadomo, właściciele kwater niezbyt przychylnie patrzą na "jednonocnych", więc za kartę przetargową objęliśmy śpiwory. Zaliczyliśmy z 10 miejsc i lipa. "Masz, dalej dzwoń ty!" - usłyszałem. Spoko. Pierwszy lepszy kolejny kontakt, zadzwoniłem, przedstawiłem sytuację i.. umówiłem się, że zaraz podjedziemuy. Się ma to gadane. :P
Kobita miała akurat wolny pokój na jedną noc. Do dyspozycji telewizor, 2 łóżka (pościel mieliśmy własną), czajnik, mirofalówka, lodówka. Cena: 25zł. Da się? Da się!

Tego dnia przywiało nas na plażę. Świr ku gęsiej skórce innych spacerowiczów (w tym mojej) poszedł się kąpać. Przy okazji rozciął sobie 2 palce, bo wdepnął w coś w wodzie.

Późnym wieczorem postanowiliśmy ruszyć rowerami do centrum miasta. Zjeść coś, na śniadanie coś kupić. Godzina późna, ale Kołobrzeg, to duże miasto, prawda? A no g*wno prawda. Przed 23, a tu praktycznie wszystko pozamykane. Marcin ubzdurał sobie, że ma ochotę na naleśniki, więc pojechaliśmy na promenadę. Serce miasta, chciałoby się rzec.

-Dzień dobry, są naleśniki?
-Już nie ma.
-A co można u was jeszcze zjeść?
-Nic.

Ja bym ich rozniósł, mego kompana zwyczajnie zatkało. Ostatecznie skończyliśmy z "frytokebabem". Tamten do końca dnia chodził naburmuszony...

Śniadanie pod namiotem © Raven

Ruiny na klifie w Trzęsaczu © Raven

Latarnia morska Niechorze - swoje trzeba odstać © Raven


Kolejka do wejścia się ciągnie, ale my już na szczęście na górze © Raven

Latarnia Niechorze zastemplowana © Raven

Pier***e, nie jadę. © Raven

Falochron w Mrzeżynie © Raven

Rowerowa wylotówka na Kołobrzeg © Raven

Rowerzysta w 100% naturalny © Raven

Kierunek: nocleg © Raven

Zimno, wieje, a Świr poszedł się kąpać... © Raven

...no i go pokarało... © Raven

...a tabliczkę dostrzegł dopiero po fakcie :D © Raven

Zachód słońca w Kołobrzegu © Raven

Zaliczone latarnie:Niechorze
Łącznie: 3/15




Przejechane: 87.21 km
w tym teren ~70.00 km

Czas: 06:12 h
Średnia: 14.07 km/h
Maksymalna: 39.32 km/h

SLM - etap 1: Wolin - Świnoujście - Dziwnów

Poniedziałek, 6 sierpnia 2012 | Komentarze #1

Rano obudziliśmy się z przerażeniem, gdyż na dworze szalała burza. Lało, grzmiało, wiało. Pełen serwis. Dookoła szkoły jedno wielke bajoro. Spakowaliśmy się, ubraliśmy i.. stanęliśmy w drzwiach czekając na rozwój wydarzeń. Gdy pogoda trochę się uspokoiła ostrożnie ruszyliśmy przed siebie.

Woliński Park Narodowy, pomijając, że był praktycznie zatopiony i zmieszany z błotem, że tak to ujmę, "dupy nie urywał" wbrew temu, co wcześniej słyszałem. Ot taki sobie, nic ciekawego. Dojechaliśmy do Turkusowego Jeziora i dalej do Świnoujścia. Tutaj pojawiły się fragmenty znanego szlaku R10, który doprowadził nas wprost pod pierwszą na trasie latarnię. Ku naszemu zdziwieniu (i radości zarazem) udało się tam nabyć Paszport do zbierania pieczątek zwanych wizami pobytu.

Weszliśmy, zeszliśmy, i ruszyliśmy szlakiem dalej. Ten prowadził na plażę. Po krótkim zawahaniu postanowiliśmy spróbowawać. Była to dobra decyzja. Ogólna wilgoć i niewielki wiatr (= niewielkie fale) sprawiły, że całkiem sprawnie dojechaliśmy samiuśkim brzegiem morza aż do Międzyzdrojów, czyli chyba najbardziej burżujskiej miejscowości na polskim wybrzeżu Bałtyku. Pogoda elegancko się wyklarowała. Dalej szlakami, lasami, szutrami zmierzaliśmy do nieudostępnionej do zwiedzania latarnii Kikut. W międzyczasie przejeżdżając koło jakiegoś jeziorka Marcin doszedł do wniosku, że "to jest ten moment" i zatrzymał się, po czym wskoczył najpierw w kąpielówki, a potem do jeziora. Świr.

Przy samym Kikucie okazało się, że gdybyśmy mieli klucz nastawny, to może jednak dało by się go zwiedzić. :D Niestety, multitoolem wiele nie zdziałaliśmy, więc ruszyliśmy dalej w stronę Dziwnowa, gdzie miał być koniec na dziś. Trochę mieliśmy stracha, jak to jest z tym ruchomym mostem, który nie wiadomo jak jest otwierany, ale okazało się, że bez problemu do Dziwnowa wjechaliśmy. Dojechawszy na pierwszy lepszy camping rozbiliśmy obóz i poszliśmy "na miasto" oprowadzeni przez kumpla Marcina, który akurat był tam na wakacjach. Zrobiliśmy zakupy, zjedliśmy pyszną rybkę (niech mi ktoś powie, że nad morzem nie da się zjeść świeżej ryby..), przelaliśmy trochę piwa i lulu.

Droga zalana, tak więc jedziemy wałem © Raven

Wszędzie woda - w strefie nadgranicznej również © Raven

Cinek wykazuje się znajomością języka niemieckiego © Raven

Turkusowe Jezioro na zdjęciach jest jakieś takie mało turkusowe :( © Raven

Jedziem na Kopenhagę © Raven

Gdzie dalej? - trudna decyzja © Raven

Widok na wejście do portu z latarni morskiej w Świnoujściu © Raven

Świnoujście - pierwsza latarnia zaliczona! Jeszcze tylko.. -naście.. © Raven

Po plaży jechało się gładko i przyjemnie (pierwszy i ostatni raz). © Raven



Poszedł się kąpać. Ot tak. Po prostu. Świr. © Raven

Skromna wieża Kikuta © Raven

Nieudana próba zwiedzania latarni nieudostępnionej do zwiedzania, czyli kombinerki nie dały rady :( © Raven

Ruchomy most na wjeździe do Dziwnowa © Raven

Zaliczone latarnie:Świnoujście, Kikut
Łącznie: 2/15
//Tracków GPS nie ma, bo niepewny tego, gdzie będziemy spać (i czy będzie tam gniazdko) byłem zmuszony oszczędzać prąd. Za to zdjęcia są z geotagami - w ostatnim wpisie będzie stosowny link, gdzie całą trasę będzie ładnie widać.




Przejechane: 9.03 km
w tym teren ~0.00 km

Czas: 00:45 h
Średnia: 12.04 km/h
Maksymalna: 25.51 km/h

SLM, czyli Szlakiem Latarń Morskich - dzień 0

Niedziela, 5 sierpnia 2012 | Komentarze #5

Wyjazd taki chodził mi po głowie od dłuższego czasu, tylko nie mogłem znaleźć drugiego chętnego. W końcu się udało. Motyw prosty: przejechać polskie wybrzeże jak najbliżej morza i zaliczyć wszystkie latarnie po drodze.
No i stało się.


Po perypetiach z pakowaniem (czyli jak się spakować na 2tyg. w plecak 30l, w tym narzędzia i jedzenie) rano byliśmy umówieni nieopodal dworca Łódź Żabieniec. W tym miejscu pewnie niektórzy popukają się w głowę czytając o plecaku i zadadzą pytanie "Dlaczego nie sakwy?", prawda? A no dlatego, że po analizie terenu, w który zamierzamy jechać przyjęliśmy założenie, że sakwy są be (jak się później okazało - słusznie). A poza tym miałem fulla (do którego sakw nie założę) i mocne plecy. ;)

W Łowiczu godzina czasu na przesiadkę, tak więc z braku laku wzięliśmy się za krótkie zwiedzanie. Trójkątne rynki i takie tam bzdety. Jadąc przez pchli targ przypomniało mi się, że nie wiąłem z domu głupiej łyżeczki (no bo czym zjeść chociażby jogurt?). Nigdy bym nie pomyślał, że pierwszym zakupem na tym wyjeździe będzie właśnie łyżeczka. :)

Wsiadamy w kolejny, docelowy już pociąg. Podróż rozpoczęła się od małego rowerowego cyrku, gdyż nie tylko my z bicyklami nad morze się wybieraliśmy. Była okazja, by wykazać się siłą i zdolnościami akrobatycznymi, ale, ku uciesze innych podróżnych, jakoś przenieśliśmy swoje rowery przez wąski korytarz pociągu. Ponad kilkoma innymi rowerami...
Z Łowicza do Wolina (Wolinu?) podróż odbyła się bez niespodzianek, jedynie pogoda sukcesywnie się psuła. Na miejsce docieramy w regularnym deszczu. Niewiele myśląc opakowaliśmy się odpowiednio i ruszyliśmy na poszukiwanie obczajonego wcześniej szkolnego schroniska. Z drobnymi problemami, ale trafiliśmy. Było koło godziny 16, a tam kartka, że czynne od 17. Miodzio. Przynajmniej na głowę się nie lało, bo był daszek nad schodami. I tak oto czekaliśmy sobie dobrą godzinkę w towarzystwie.. Wikingów! Skąd tam Wikingowie? A no mieli właśnie swój zlot i spali tam, gdzie my spać zamierzaliśmy.

Kierowniczka całego interesu pojawiła się punktualnie. Przyjęła nas bardzo "profesjonalnie", chłodno rzekłbym. Werdykt brzmiał "18zł od głowy", więc zostaliśmy. Łóżko jest (w damskiej szatni), prysznic jest (obok damskiej szatni), gniazdko również. Tyle, że w gniazdku nie było prądu, choć podobno być powinien. Po krótkim dochodzeniu z mojej strony i nielegalnym gmeraniu w skrzynce z bezpiecznikami prąd przywrócić się udało.

Przy wypakowywaniu Marcin miał ze mnie ubaw, bo z bukłaka pociekło mi na łóżko.

Przestało padać. Spacerek po Wolinie, kebab w ramach szybkiej obiadokolacji, zakupy w Biedronce, kilka rundek w ping-ponga (do dyspozycji mieliśmy pełen sprzęt) i lulu.
Od jutra ruszamy na bój!

Praktyczna pamiątka z Łowicza © Raven

Łowicz, a w tle trójkątny rynek starego miasta © Raven

Konduktor miał minę nietęgą, lecz większych uwag nie było © Raven

Druciane koszyki są bardziej uniwersalne pod względem wielkości trzymanej butelki © Raven

W oczekiwaniu na otwarcie schroniska - przynajmniej na głowę się nie lało © Raven

Nam tam pasowało, tylko kobiet akurat nie było :/ © Raven

Odnalazłem zaginiony prąd © Raven




Przejechane: 17.19 km
w tym teren ~0.50 km

Czas: 00:49 h
Średnia: 21.05 km/h
Maksymalna: 36.88 km/h

W poszukiwaniu nowego kasku

Piątek, 3 sierpnia 2012 | Komentarze #4

Objeździłem kilka sklepów i kupiłem.. nic. Albo kształt/kolor nie ten, albo ciężkie bydle, albo jak już coś się znalazło, to w cenie z kosmosu. A tak, to samo budżetowe badziewie. Lipa. Trudno, pojadę bez kasku. Na koniec świata nie jadę, nad morzem też jakieś sklepy rowerowe powinny być. Może na miejscu kupię coś sensownego.

Nowe, plastikowe bilety parkingowe w Manufakturze © Raven




Przejechane: 7.41 km
w tym teren ~1.00 km

Czas: 00:25 h
Średnia: 17.78 km/h
Maksymalna: 30.30 km/h

Test drive powypadkowy

Piątek, 3 sierpnia 2012 | Komentarze #6

Rower doprowadzony do porządku, blat wyprostowany (no może nie jest idealnie, ale działa), poziom oleju uzupełniony. Wygląda OK.

Pojechałem załatwić coś w pracy i dalej omawiać szczegóły wyjazdu.

Kategoria Solo, Na twardo, 0-50km



Przejechane: 115.93 km
w tym teren ~0.50 km

Czas: 05:26 h
Średnia: 21.34 km/h
Maksymalna: 39.80 km/h

Taxi - kurs 355

Czwartek, 2 sierpnia 2012 | Komentarze #0

Koniec pracy. Od jutra urlop - tym razem planowany. :)
Póki co pogoda (i jej prognozy) sprzyja, oby tak dalej.


A w ogóle, to (chyba tak na dobry początek wolnego) na koniec dnia, kiedy myślami byłem już w domu wysłali mnie na drugi koniec miasta. :/




Przejechane: 65.85 km
w tym teren ~1.00 km

Czas: 03:10 h
Średnia: 20.79 km/h
Maksymalna: 35.80 km/h

Taxi - kurs 354

Środa, 1 sierpnia 2012 | Komentarze #0




Przejechane: 100.61 km
w tym teren ~1.00 km

Czas: 04:37 h
Średnia: 21.79 km/h
Maksymalna: 36.30 km/h

Taxi - kurs 253

Wtorek, 31 lipca 2012 | Komentarze #0

Pierwszy dzień w pracy po nieplanowanym tygodniowym urlopie. No i stówka pękła.




Przejechane: 7.00 km
w tym teren ~0.00 km

Czas: 00:24 h
Średnia: 17.50 km/h
Maksymalna: 0.00 km/h

Szybki deal

Sobota, 28 lipca 2012 | Komentarze #0

Niezbyt szybkim tempem.